Czerwono-żółte tulipany stoją na stole i tak ślicznie pachną, że aż kręci mi się w głowie. Są ludzie, którzy twierdzą, że tulipany nie pachną - nic bardziej mylnego! Mają swój niepowtarzalny tulipanowy zapach, który przywodzi na myśl maj, słońce i motyle. Patrzę więc na te tulipany, wącham i uśmiecham się - do nich, do siebie i do świata.
Słowik nie śpiewać nie może, pisała Salomea Neris, a ja nie mogę się nie uśmiechać.
Wydaje mi się, że osiągnęłam napawdę dobry i zrównowazony stan ducha i umysłu. Patrzę na wszystko dookoła z jakimś aż zadziwiającym jak na mą histeryczną naturę spokojem. Ale to jest właśnie taki dobry spokój, nie marazm, nie spleen, nie obojętność. To dobry, uśmiechnięty spokój. Układam plan na semestr zimowy, wzbijam się na wyżyny literackiego kunsztu, zachwycam się współczesną techniką, która pozwala mi rozmawiać na raz z Grenoble i Iowa City, łapię za guzik na widok kominiarza i cieszę się jesienią (ja też lubię wczesną jesień, kiedy jeszcze ciepło i słońce, a już wokół trochę złoto i brązowo. Ja też ostatnio czuje się jakaś taka złoto-brązowa, o ile nie zabrzmi to nadmiernie grafomańsko).
Dobrze mi na świecie.
Mam taką cechę, którą bardzo u siebie lubię. Mianowicie to, że potrafię strasznie cieszyć się drobiazgami. Promyk słońca, który szczególnie ładnie prześwieca przez gałązki, szum fal rozbijających się o skały, kolorowe kolczyki z sowami, jeden uśmiech, jedno przypadkiem zasłyszane zdanie - a ja już mam ochotę śmiać się do siebie, do ludzi, do świata. To naprawdę bardzo pomaga w życiu :)
A tak poza tym to są wakacje, byłam w Bułgarii, we Wrocławiu (Breslau znów się zesrau!), na Woodstock, napatrzyłam się na księżyc nad Morzem Czarnym, naoglądałam się filmów, nasłuchałam się muzyki i radosnych okrzyków, a teraz ruszam podbijać Bałtów (trzeba w końcu zrobic coś pod kątem kierunku studiów;) ).
Szlag mnie trafił. O co chodziło? Po co taka aluzja? Co to miało na celu? Nie wiem, nie rozumiem, ale cholera mnie wzięła.
Ale jak to sobie na zimno przemyślałam, to doszłam do wniosku, że moja złość nie została wywołana samym faktem puszczenia takowej aluzji, a raczej brakiem możliwości rewanżu z mojej strony. Kurwa.
A teraz jestem zła również na siebie, że przejmuje się takimi głupotami, że się zadręczam rzeczami supełnie nieistotnymi, że przecież powinnam się cieszyć, że z mamą już lepiej, że (tradycyjnie) mam co jeść i gdzie spać, że pod oknem kwitna forsycje, a bzy juz wypuściły pączki. Nic tylko na klęczkach tudzież szczudłach popylać do Częstochowy. A ja mam ochotę skoczyć z mostu po usłyszeniu jednego głupiego zdania, które nawet nie było skierowane do mnie. To nie jest normalne.
Witaj, szara polska codzienności. Dopiero co wróciłam, a już mi brakuje toskańskiego nieba, słońca, kwitnących magnolii i wina della casa. Nic mnie tak pozytywnie nie nakręca jak podróże, nie naładowuje taką pozytywną energią, na nic innego nie jestem w stanie wydać tyle kasy. Mogę sobie być patriotką lokalną, ojczyznę kochać i szanować, nie wyobrażać sobie mieszkania na stałe poza Warszawą, ale z podróży nie zrezygnuję nigdy. Jestem chora, gdy zbyt długo siedzę w domu - jeżdżenia, zwiedzania, poznawania brakuje mi jak powietrza. To nie muszą być jakieś wielkie eskapady, wystarczy choćby wsiąść do pociągu byle jakiego (niechby i to była zwykła eskaemka czy inna wukadka jadąca do Grodziska, Milanówka czy Łowicza), ba, czasem może być to nawet autobus podmiejski! A już kiedy mi się uda taki niepodziewany wyjazd, jak ten do Pontedery czy w zeszłym roku na Kretę, to jestem najszczęśliwsza na świecie. Jednym z moich największych marzeń jest zostanie zagraniczną korespondetnką. Niekoniecznie wojenną, jeszcze mi życie miłe, ale raczej taką, co to jeździ w różne ciekawe miejsca i zapodaje z nich ploty. Ale w ogóle najlepiej to ma Makłowicz. Jeździ po całym świecie, gotuje różne smakołyki i jeszcze mu za to płacą.
Jak dorosnę, to chcę być Robertem Makłowiczem.
Tak, kupno nowego, burżujskiego podkładu, pięknie pachnącego oliwkowego kremu do rąk, zielonych majtek z koronką oraz perspektywa prysznica z peelingiem z granatów, zdecydowanie poprawiają humor, nadwątlony lekko kilkoma bzdurami, takimi jak na przykład przesyłka-nie-do-mnie. Być kobietą, być kobietą, nananana :).
A propos peelingu. Przypomniała mi się rozmowa z M. w Paryżu.
M.: Jak się po polsku mówi na gommage?
Ja: Peeling albo scrub.
:)
Ostatnie cztery dni spędziłam w domu praktycznie nie ruszając się z łózka. Nie byłam w stanie czytać, siedzieć przy komputerze, oglądać radia, słuchać muzyki. NIC. Takie okoliczności niewątpliwie sprzyjają myśleniu, rozmyślaniu, przemyśliwaniu i wymyślaniu. Z każdą kolejną herbatą miodowo-cytrynową przychodzą do głowy coraz to nowe refleksje, spostrzeżenia, pytania. Dużo myślałam o tym, co się w ostatnich miesiącach wydarzyło i doszłam do wniosku, że przez długie lata żyłam pod jakimś specjalnym opatrznościowym kloszem, który osłaniał mnie przed złem tego świata, wpuszczając do środka jedynie zmartwienia, które w tej chwili jestem w stanie skwitować tylko wzruszeniem ramion. Tylko że teraz ten klosz staje się coraz bardziej nieszczelny.
No, ale pomijając chorobowo-miodowo-cytrynowe wynurzenia, to jestem całkiem zadowolona z życia, Paryż jak zwykle fantastyczny, sesja jak zwykle do przodu, na koncie jak zawze debet - no żyć nie umierać :)
Uśmiechnij się i staraj się myśleć,
że nad tobą tylko niebo gwiaździste.